2016Lucciola Ladies Rock CampNiusyRelacjeWarszawa

Jak to w Warszawie było…

By 15 grudnia 2016 No Comments

Czwarty obóz LLRC, który odbył się w Warszawie w dniach 17-20 listopada 2016 tworzyły:

Nauczycielki gitary: Nela Gzowska i Amina Dargham
Nauczycielka basu: Małgorzata Tekiel
Nauczycielka perkusji: Żaneta Seweryn
Nauczycielki wokalu: Ania Brachaczek i Agata Bargiel
Organizatorka obozu: Małgorzata Grygierczyk
Wolontariuszki: Anna Żukowska, Katarzyna Wróbel i Alicja Wach
Przy wsparciu: Ewy Langer (Stowarzyszenie Kobieca Transsmisja).

Powstały cztery, nowe kobiece zespoły:

Prowadzony przez Agatę i Anię zespół ŁOBUZKI (trzy Marty, Baś i Zenia), zaprezentował inspirowane folkowymi pieśniami, niebanalne piosenki na dwa wokale! Nieoficjalnie, ich utwór „Pomidory“ bije rekordy najbardziej zapamiętanego kawałka powstałego na obozie.

Zespół REGRES czyli mocny, nie do zdarcia wokal Lamii , dwie Manie na gitarach, Klaudia i Anka, gwaratujące muzycznie (jak i scenicznie) niezłego kopniaka! Gościnnie, prowadząca zespół (wespół z Nelą)– Amina, z przygrywką na kazu. Kto na koncercie nie był , ten…

Zespół Tekli ŚMIERĆ KOŁCZA, popłynął zimną falą w punkowe brzmienia, prowadzone przez Karę, Ankę i Maję wraz z autorskimi, zaangażowanymi tekstami (m.in. o prawach kobiet) wokalistek: Ewy i Ani.

A na koniec, pod okiem Żanety: retro RAJTUZY czyli Olga, Aga, Magda z wokalistką Anitą- scenicznym zwierzęciem i tekściarą, rozbrajającą doszczętnie publiczność na koncercie finałowym. Piosenka „Zaopiekuj się sobą“ to jedna z lucciolowych perełek.A tak oto jedna z uczestniczek, Olga Kołdej , opisała warszawski obóz LLRC w Warszawie:

„(…) Listopadowy zimny, szary dzień. Siedzę w piwnicy poprzemysłowego budynku na warszawskiej Woli, z labiryntem korytarzy obłażących płatami z farby olejnej. Klimat znany mi ze studenckich czasów, kiedy wraz z przyjaciółmi ze studiów próbowaliśmy (bez większych efektów) stworzyć kapelę i snuliśmy się po różnych podejrzanych budach. Tu jest podobnie. Ciemne wnętrze wyłożone tłumiącymi gąbkami, mnóstwo gratów, kabli, charakterystyczny piwniczny zapach. W kącie stoi lśniący zestaw perkusyjny, zerkam na niego łakomie, nie grałam na akustycznych bębnach od wieków.

Wokół mnie powoli zaczyna się zagęszczać barwny tłumek kobiet – kolorowe ciuchy i fryzury, glany, trampki, dready… Czuję się przy nich jak szara mysz. Niektóre witają się wylewnie, inne siadają cicho i obserwują – prawdopodobnie są tu po raz pierwszy, jak ja. Część ma ze sobą instrumenty – gitary, ukulele, egzotyczne przeszkadzajki, które widzę pierwszy raz w życiu. Nastrój świąteczny, w powietrzu wisi podekscytowanie i wyczekiwanie. Tylko matka 3,5-miesięcznych bliźniąt patrzy w dal niewidzącym wzrokiem, myślami jest przy maluchach, które zostały w domu. Do czasu.

Hop! Dziewczyna w zaawansowanej ciąży zgania nas na środek, klaszcząc energicznie wprawia nas w rytmiczny marsz (trochę jak w przedszkolu – przelatuje mi przez głowę, mam problem ze swobodnym wejściem w sytuację). Ale już po chwili dzięki animowanym przez Agatę, jak się później okazuje – nauczycielkę wokalu – wygłupom bawię się wyśmienicie a przy okazji poznaję większość dziewczyn przekrojowo i o wiele głębiej, niż byłoby to możliwe przy standardowym small-talku.

Czas na oficjalne rozpoczęcie. Tworzymy okrąg, przedstawiamy się po kolei – motywacje bardzo różne, ale wszystkie chcą robić rocka. Kolorowe postaci, radosne, tworzą mnóstwo fajnych inicjatyw. Mają własne pracownie, szyją, projektują, tworzą. Jest sporo weganek. Wygląda na to, że warsztaty są jak magnes, który przyciąga ciekawe osoby o dużej wrażliwości. Część dziewczyn była już na poprzednich obozach, to tłumaczy te ciepłe powitania. Poznajemy też „facetki” – jak mówią o sobie nauczycielki, w większości stare rockowe wyjadaczki. Jestem podekscytowana – jedną z facetek jest moja idolka, Ania Brachaczek – co prawda będzie uczyć wokalu, a ja zapisałam się na perkusję, ale na warsztatach jest okazja, żeby poznać wszystkie uczestniczki, w sumie razem z prowadzącymi jest nas około 30.

Plan zajęć: cały czwartek i pół piątku uczymy się gry na instrumentach (sporo dziewczyn faktycznie po raz pierwszy siada za bębnami czy bierze do rak gitarę), w piątek po obiedzie facetki dzielą nas w zespoły. Czas na wspólne próby, napisanie własnych piosenek i wyćwiczenie ich jest do… soboty wieczór. Pomiędzy tym wszystkim organizatorki upchnęły jeszcze slajdowisko z prezentacją kobiecych kapel rockowych, warsztaty z pisania tekstów oraz produkcję bannerów z nazwami zespołów. W naszym bandzie dyskusja jest zażarta, w końcu znajdujemy konsensus – nazywamy się RAJTUZY!

Zajęcia są bardzo intensywne, mnóstwo się dzieje, do domu wracam na ostatnich nogach. Również z powodu integracji ‚po godzinach’ – życie rockmanki nie jest lekkie. Wszystkie jesteśmy zaangażowane na 100%. Zapominamy o rodzinach, mężach, dzieciach, pracy. W końcu robimy rocka, a to zobowiązuje! W każdej z czterech salek prób kipi od pomysłów, powstają teksty, muzyka, aranżacje. Facetki krążą między pokojami, doradzają, wspierają, uśmiechają się. Chyba w nas wierzą, skoro już za chwilę chcą nas wypuścić w świat? W końcu jeśli wyjdzie z tego jeden wielki blamaż, to im zrobimy antyreklamę.

Niedziela jest zarezerwowana na ostateczne szlify, pierwszy próbny koncert przed sobą nawzajem i po obiedzie (wszystkie posiłki wegańskie – nie wierzyłam, że mogą być tak pyszne) jedziemy na Żoliborz do klubu Pogłos, w którym odbędzie się występ. Przed opuszczeniem studia na Woli, siadamy jeszcze raz, jak na początku, by podzielić się wrażeniami. Okrąg, który tworzymy na koniec, jest o wiele mniejszy, ciaśniejszy. Skrócił się dystans między nami, w tempie przyspieszonym jak w teledysku, nawiązały się między nami relacje, przyjaźnie, muzyka zjednoczyła nas ponad wszystkimi różnicami.

Koncert finałowy. Pierwszy raz w życiu siadam za nagłośnionymi bębnami na klubowej scenie, w świetle reflektorów, z moją własną kapelą! Emocje sięgają zenitu. W klubie dzieje się magia. Dziewczyny z każdego z 4 świeżo powstałych zespołów, które jeszcze 4 dni temu nie odróżniały gitary od basu, przeistaczają się w zwierzęta sceniczne, porywają publiczność swoja fantastyczną energią. Płynie czysty, żywy rock’n’roll. Chociaż piosenki są surowe, niezborne i mylimy się niezliczoną ilość razy, ludzie na parkiecie bawią się świetnie! Rozpiera nas szczęście i duma. Poczucie wspólnoty. Kobieca moc.

Jak to możliwe, że tyle razy z różnymi ludźmi robiłam podejścia do grania we własnej kapeli i nigdy nie udało nam się wyjść poza etap brzdąkania w zakurzonej, dusznej salce na tyłach warsztatu samochodowego? Czego nam brakowało, a co takiego mają – i hojnie się tym dzielą – dziewczyny z lucciolowej ekipy? Chyba chodzi o niezachwianą wiarę w moc muzyki, w to, że muzyka nie tylko daje radość, pewność siebie i energię, ale może też zmieniać życie. (..)”

fot. Basia Budnik